Szwedzkie kino zawsze kojarzyć mi się będzie z Bergmanem. Swoją przygodę z filmem rozpoczął już w latach 40., lecz własne, autorskie koncepcje zaczął wykorzystywać dopiero dekadę później.
Bergman tworzył kino niezwykle pesymistyczne i depresyjne. Stawiał poważne i trudne pytania, przede wszystkim o istnienie Boga. Niech kwintesencją tych rozważań będzie „Siódma Pieczęć” (1957), gdzie rycerz gra ze Śmiercią w szachy, próbując dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie. Każde jego dzieło ma pewną cechę wspólną: osamotnienie, niezrozumienie… Ogromne wrażenie wywarły na mnie „Sceny z życia małżeńskiego” – można powiedzieć, że cały film to jeden wielki dialog, dogłębna psychoanaliza… a jednak jest w tym coś ważnego, coś, co nie pozwala odwrócić wzroku.
Filmy Bergmana nie są jednak dla każdego. Jak jego żona (któraś z kolei) powiedziała: „owszem, twoje filmy są wybitne, ale niesamowicie nudne”.